To była nasza pierwsza tego rodzaju wycieczka, taka długa i z pełnymn ekwipunkiem. Do tej pory jeździliśmy na krótkie wypady, pokonujac niekiedy dziennie dośc duże odległosci, ale bez obciążenia. Dwa leta predzej Bohdan wykonał cos w rodzaju "próby generalnej", został z dziećmi na 3 dni w Beskidzie Żywieckim. Dzieci przyznały się później, że tatuś często ciągnął ich rowery pod górkę na lince... Ale to było w 2001 roku, mieli wówczas 10 i 9 lat, i w tamtym terenie ze wszystkiego zostali rozgrzeszeni. Tym razem nie było już co za bardzo liczyć na podciaganie (chociaż parę razy WSZYSCY z niego skorzystaliśmy :)

Nasza wycieczka rozpoczęła się w Krakowie. Do Krakowa dowiózł nas i nasze rowery samochód, po czym pozostawiony został na zasłużony odpoczynek na dziesięciodniowym "urlopie".
Jak to zwykle bywa, najtrudniej się wybrać, toteż pierwszy dzień baszej wycieczki nie wyglądał imponująco. Juz w trakcie przedzierania sie przez Kraków złapał nas ulewny deszcz, i po kilku kilometrach nieustajacej ulewy zmuszeni zostaliśmy do zatrzymania się i noclegu kilka kilometrów od Krakowa.
To już był znacznie lepszy dzień. Obudziło nas słońce, i tak było juz do końca. Teren okazał się dla nas dość dużym wyzwaniem, szczególnie dla najmłodszego członka naszej ekipy, czyli Agnieszki. Trzeba pamiętać, że miała wtedy dopiero 11 lat, a wiozła na swoim rowerze bagaże. Wszyscy musieliśmy skorygować tempo, sposób pakowania, rozłożenie bagaży tak, żeby rowery były stabilne a jazda bezpieczna. To było nasze pierwsze doświadczenie tego rodzaju, i pierwsze dni były przwdziwa szkołą. Dość trudny, jak na tak obciążone rowery i wiek naszych dzieci teren sprawił, że musielismy też skorygować dzienny dystans jaki mogliśmy przejechać, zatrzymując się przecież dość często nie tylko w celu odpoczynku, ale po prostu podziwiania widoków i mijanych zabytków i ruin.
Pierwszym prawdziwym przystankiem na naszej trasie był Ojców (na naszych licznikach 20 kilometrów od Krakowa).
Tego dnia obejrzeliśmy zamek jedynie z dołu, zrobiliśmy "obowiązkowe" zdjęcia pod Maczugą Herkulesa, i rozbiliśmy namioty. Zwiedzanie zamku pozostawiliśmy na dzień następny.
Historia pisana Ojcowa zaczyna się w XII wieku, kiedy to wojewoda Skarbimir otrzymał ob Bolesława II Krzywoustego tutejszy zamek. Nazwa Ojców pochodzi podobno z czasów Kazimierza Wielkiego, gdy ów król nazwał zamek "Ociec u Skały". Ale warownia istniała tu już w XII wieku.
Zamek, który znamy, wzniósł w XIV wieku Kazimierz Wielki na miejscu dawnego dworu książęcego.


Z Ojcowa pojechaliśmy do wsi Sułoszowa, a w niej ogladalismy kolejny zamek pod nazwa Pieskowa Skała (według naszych liczników 28 kilometrów od Krakowa). Tam największą "atrkacją" okazała sie Grota Łokietka, w której to w roku 1300 schronił się nasz król. Dopomógł mu w tym pająk, utkawszy u wejścia groty pajęczynę tak gęstą, że ścigający Łokietka wrogowie nie mogli go wytropić.

Nazywam go dniem czwartym, ale to właściwie dwa dni, trzeci i czwarty. Do wsi Rabsztyn (48 kilometrów od Krakowa na naszych licznikach), z przepięknymi ruinami zamku, dojechaliśmy dnia trzeciego, znów złapani przez deszcz. Pozostalismy w Rabsztynie czwarty dzień, nabierając sił i susząc się, w pięknej fosie zamku Rabsztyn.

Ruiny zamku wygladają imponująco. Podziwialiśmy szczątki gotyckiego zamku górnego położone na skale oraz mury zamku dolnego, który kiedyś był okazałą rezydencją możnowładców. Duże wrażenie robią pozostałosci bramy wjazdowej, do której ponad fosą prowadził most zwodzony. Pod bramą znajdują się sklepione piwnice. W czasach świetności zamek składał się z trzech skrzydeł mieszkalnych, zamku górnego z wysoką wieża na skale, dwóch dziedzińców i wjazdem od północy.
Niestety nie zachowała się ani wieża bramna ani wysoka, czteropiętrowa baszta na zamku górnym, będąca jego najbardziej obronną częścią. Jednakże zamek górny położony był na skale tak wysoko, iż po wejściu na nią ukazuje się piekny widok na okolicę i całe ruiny.



Tego dnia mielismy do pokonania trochę dłuższy niz zwykle odcinek, jako że zaplanowaliśmy nocleg we wsi Smoleń, oddalonej od Rabsztyna o trochę ponad 20 km (69 kilometrów od Krakowa przekręciło się na naszych licznikach). Po drodze zatrzymaliśmy się, aby obejrzeć ruiny zamku w Bydlinie. Popatrzyliśmy też sobie, z daleka co prawda, na Pustynię Błędowską, która już coraz mniej wygląda jak pustynia.

Pozostałosci zamku w Smoleniu robią dość duże wrażenie.
Piękne ruiny wznoszą się na wysokiej skale wapiennej (485 m n.p.m.), poniżej której powstały dwa zamki dolne. Według przewodników, zamek od strony wschodniej posiadał bramę i zbudowany był na planie nieregularnym. Natomiast zamek od strony zach., podobnie jak zamek rycerski na szczycie skały, miał plan nieregularnego wieloboku. Tutaj najprawdopodobniej znajdowały się zarówno pomieszczenia mieszkalne, jak i urządzenia gospodarcze. Teraz oczywiście nie ma już większości z tej zabudowy, ale górująca nad otoczeniem cylindryczna wieża wyrastająca z ruin małego kamiennego zameczku daje wyobrażenie o tym, jak wyglądać mogła reszta zamku w czasach swojej świetności.

To był kolejny dzień pełen wrażeń. Przed nami jeden z najlepiej zachowanych zamków z całego Szlaku, Ogrodzieniec. Tym atrakcyjniejszy dla dzieci, że wykorzystany do filmu, posłużył Andrzejowi Wajdzie do nakręcenia "Zemsty" Aleksandra Fredro. Zaraz po powrocie była to pierwsza rzecz, jaką dzieci obejrzały w telewizji, i sztuka bardzo im się podobała, zwłaszcza że co trochę mogli sobie pokrzyczeć,"o to jest właśnie to miejsce w którym byłem!".

W zamku spędziliśmy dość dużo czasu, a potem pojechaliśmy do Morska złożyć umęczone głowy. Od Krakowa byliśmy już 95 kilometrów. Do Częstochowy ciągle wydawało się bardzo daleko...
To był już przedostatni przystanek. Ciągle wydawało nam się, że droga bardzo się dłuży, ale to wrażenie miało bardzo proste, banalne wręcz wytłumaczenie. Nasze trasy nie wiodły bowiem asfaltowymi drogami, ale wyglądły głównie jak na zdjęciu:


Poza tym , "traciliśmy" dużo czasu przy każdym zamku, po to w końcu wyruszylismy w trasę.
Pod koniec dnia rozbiliśmy namiot we wsi Mirów, nie ominąwszy oczywiście po drodze zamku w Bobolicach. Do Częstochowy zostało nam około 50 kilometrów.
To był chyba najbardziej męczący dzień całej wycieczki. Ponieważ zamek Olsztyn był ostatnim na trasie, postanowiliśmy nie robić juz wiecej przerw i dojechać do Częstochowy na nocleg, a to oznaczało pokonanie ponad 50 kilometrów, co było dla dzieci dużym wyzwaniem. Zwiedzanie zamku potraktowaliśmy jako czas na nabranie sił, i wieczorem dojechalismy do celu.
Wycieczka okazała sie wspaniałą przygodą dla naszych dzieci, do tej pory wspominaną. Teren nie należał może do najłatwiejszych, przemieszczaliśmy się głównie szlakami turystycznymi, co oznaczało niekiedy dość duże trudności, biorąc pod uwagę fakt, że dzieci miały po 12 i 11 lat, i dość obciążone rowery. Ostatni dzień uświadomił nam, jak wielkie znaczenie ma rodzaj drogi, jaką się przemieszczaliśmy; dzieci nie byłyby w stanie pokonać 55 kilometrów dzielących nas od noclegu w Częstochowie, gdyby nie fakt, że spora częśc tej odległosci biegła asfaltową drogą.
Dziś oczywiście śmieją się, że takie krótkie odcinki pokonywaliśmy dziennie podczas tamtego rajdu. W chwili, gdy to piszę, Arek jest po rajdzie z Bohdanem, w którym pokonywali dziennie nawet 105 kilometrów, w nieco łatwiejszym terenie, ale głównie dzięki temu, że dziś Arek ma już lat 15.
Szlak Orlich Gniazd polecam każdemu, kto szuka sposobu na tani, kształcący i aktywny sposób spędzenia wakacji.
