Lipiec 2007
Witam na stronie poświęconej naszej rowerowej wyprawie
wzdłuż Wybrzeża. Nie przebiegła ona być może w sposób typowy,
ponieważ wszystkie poradniki zalecają, aby pokonywać ją w kierunku
od Świnoujscia do Gdańska, my zaś właśnie w Gdańsku rozpoczęliśmy naszą
wycieczkę. Nie wpłynęło to jednak ani na nastroje, ani na ocenę wyprawy - wszyscy
byliśmy bardzo zadowoleni z jej przebiegu. Trasę pokonaliśmy w pełnym wyposażeniu, wioząc
w sakwach cały niezbędny ekwipunek i namioty. Gorąco polecam ten sposób spędzenia wakacji tym
wszystkim, którzy lubią morze, ale niekoniecznie w wersji plażowej. Wspaniała przygoda również dla młodszych dzieci!
Na co trzeba zwrócić uwagę : trzeba, niestety, przemieszczać się z gotówką. Ja osobiście bardzo tego nie lubię, ale niewiele było miejscowości, w których mogłam za cokolwiek zapłacić kartą. Na pewno z roku na rok będzie się to zmieniało, ale zapewne jeszcze nie tak szybko. Bankomaty też rozsiane są po wybrzeżu dość nieregularnie, ale w tej kwestii z roku na rok sytuacja się poprawia, bo banki ustawiają mnóstwo sezonowych bankomatów. W każdym razie trzeba zawsze mieć przy sobie zapas gotówki.
Dzień pierwszy: Trójmiasto. 20 km.
To był bardzo spokojny i wypoczynkowy dzień. Tak naprawdę polegał na zwiedzaniu Gdańska, bardzo chciałam pokazać dzieciom najpiękniejsze miejsca tego miasta, oglądaliśmy więc Rynek, Stare miasto, Stocznię Gdańską.
Trójmiasto zaczyna być dość przyjazne dla rowerzystów, choć sporo jeszcze jest do zrobienia. Ścieżki rowerowe urywające się nagle, prowadzące do nikąd, badź przeganiające rowerzystę z jednej strony jezdni na drugą nie należą do rzadkosci, o wątpliwej przyjemności z takiej jazdy nie będę nawet wspominać. Pociechą może być fakt, że jest ich już dość gęsta sieć na głównych ulicach, a myślę też, że z roku na rok sytuacja będzie się poprawiała. Po całodniowej włóczędze zatrzymalismy się na polu namiotowym w Sopocie, skąd na drugi dzień mieliśmy już wyruszyć "na poważnie".
Dzień drugi: Gdynia - Hel. 19 km.
To miał być bardzo pracowity dzień, niestety taki się nie okazał, i to głównie z mojego powodu. Rano złożyliśmy namioty, przepisowo się spakowaliśmy, i wyruszylismy w stronę Gdyni. Nastroje dopisywały mimo deszczu, już prawie wyjeżdżalismy z Sopotu, kiedy postanowiłam zrobić pamiątkowe zdjęcie. I wtedy uświadomiłam sobie, że nie przypominam sobie, żebym pakowała gdzieś aparat fotograficzny. Co to się działo... Rozpakowanie wszystkich sakw po kolei, płacz, krzyki i zgrzytanie zębami (moimi oczywiście). Moje dzielne dzieci wszystko znosiły z godnością, a kiedy już niemal pogodziłam się ze stratą, Arek wypiął sakwy, i pojechał na pole namiotowe, na którym nocowaliśmy. Żałuję, że nie zrobiłam mu zdjęcia po powrocie - tej dumy na twarzy, z jaką wręczył mi aparat, nie da się opisać...
W taki sposób upłynęła spra część dnia, uznaliśmy więc, że nie będziemy się już nigdzie spieszyć. Zjedliśmy olbrzymie zapiekanki, a potem popedałowaliśmy do Gdyni, pozwiedzać Oceanarium, okręt Błyskawica i żaglowiec Dar Pomorza.
Na Hel postanowiliśmy pojechać tramwajem wodnym.

Na samym Helu znajduje się pole namiotowe, ale polecam sezonowe Schronisko Młodzieżowe, czynne w okresie letnim w Szkole Podstawowej przy ulicy Szkolnej 1.
Bardzo przystępne ceny, czysto, sucho i ciepło, a fakt, że na drugi dzień odpada pakowanie namiotu, pozwala na trochę więcej swobody.
W samym Helu warte zobaczenia są: kompleks zabytkowych domów przy ul. Wiejskiej, Kościół poewangelicki p.w. Św. Piotra i Pawła, Muzeum Rybołówstwa, Fokarium, obiekty i fortyfikacje z okresu II wojny światowej, i Port Marynarki Wojennej.
Dzień trzeci: Hel - Jastrzębia Góra. 41 km.
Pierwszy prawdziwie rowerowy dzień. I wbrew temu, czym byliśmy straszeni przed wyjazdem, bardzo przyjemny odcinek. Wszyscy ostrzegali nas przed bardzo wąską drogą, i przygotowywali na sporą dawke adrenaliny przy bliskich spotkaniach z wymijajacymi samochodami. Nic z tych rzeczy. Wzdłuż całego Półwyspu Helskiego biegnie scieżka rowerowa, na odcinku z Helu do Juraty biegnie przez teren zalesionych wydm Półwyspu Helskiego, jest doskonale ubita, a drzewa przydały się, gdy troszkę próbował zmoczyć nas deszcz (na mapce obok jest ona widoczna powyżej drogi jako ciemna wstęga). Można jechać szybko, nie dokucza słońce, chwilami blisko szosy, ale bez potrzeby włączania się do ruchu. Z Juraty aż do Chałup natomiest, ścieżka wyznaczona jest wzdłuż linii brzegowej Zatoki Puckiej i pokryta nawierzchnią z kostki brukowej. Chciałabym też podkreślić, że ścieżka jest przyjazna również dla najmłodszych rowerzystów, ponieważ na odcinku nadmorskim zupełnie pozbawiona jest wzniesień, a na odcinku leśnym są one bardzo łatwe do pokonania.
W trakcie wyprawy warto zatrzymać się na chwilę w Jastarni, i zwiedzić: Kościół p.w. Nawiedzenia NMP, Chatę Rybacką, Muzeum "Pod Strzechą", a dla dzieci jak zawsze atrakcją będzie obejrzenie Latarni Morskiej i schronów bojowych, które są pozostałosciami obiektów wojskowych z 1939 r. (schrony oczywiście, nie latarnia)
Niestety, po zjeździe z półwyspu powracamy do polskiej rowerowej rzeczywistości. Władysławowo dało się jeszcze pokonać chodnikami, jadąc cały czas za niebieskimi znakami szlaku turystycznego. Potem przez jakiś czas szlak biegnie wzdłuż drogi, można jechać szeroką scieżką bądź poboczem. Niestety, kilka kilometrów (na szczęście naprawdę niewiele, jeśli dobrze zapamiętałam, było ich 5) przed Jastrzębią Górą mozna już było jechać tylko bardzo wąskim i przylegającym do szosy poboczem. Ten ostatni odcinek wiódł cały czas pod górę, nie mieliśmy więc szans, z pełnym obciążeniem, na szybki "przeskok". Deszcz, który jak to zwykle bywa, zaczął padać w najmniej odpowiednim momencie, bardzo ten ostatni odcinek utrudnił, i do Jastrzębiej Góry dojechalismy nie tyle mokrzy, co czarni od błota, którym hojnie obsypywały nas przejeżdżąjące samochody (a ciężąrówki! a TIRy!!). Właściwie nie powinnam narzekać na ten deszcz - towarzyszył nam często podczas wycieczki - zawsze zaczynał padać albo tuż po rozbiciu namiotu, albo naprawdę dopiero pod koniec dnia. Zatrzymaliśmy się na skraju Jastrzębiej Góry, przy wjeździe do miasteczka, a swoim widokiem wzbudziliśmy chyba niekłamaną litość gospodyni...
Dzień czwarty: Jastrzębia Góra - Stilo. 49 km.

To był bardzo miły dzień, głównie leśnymi drogami, trochę ubitymi rowerowymi, a trochę szlakami turystycznymi. Początkowo, od Jastrzębiej Góry do Karwii, trzymalismy się szosy. W karwii, a właściwie tuż za, gdzie szosa skręca w lewo, my pojechaliśmy prosto, drogą wypatrzoną na mapie, prowadzącą aż do koszmarnie zatłoczonych Dębek. Droga prowadzi przez las, i chwilami jest trochę grząska, ale być może było to spowodowane bardo kapryśną aurą, jaka towarzyszyła naszej wyprawie.
Po krótkim postoju w Dębkach, ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem, ach ten czerwony kolor jeszcze nie raz miał być przez moje dzieci wyklęty! Ale jeszcze nie tu i nie teraz, na razie wszystko szło gładko, minęliśmy Białogórę, potem trochę trudniejszy kawałeczek, a potem bita asfaltowa droga do Lubiatowa. 
Ostatni odcinek, pomiędzy Lubiatowem a Stilo, dość niewinnie się zapowiadający, bo o długości tylko 8 kilometrów, dał już nam się we znaki. Obciążone sakwami rowery zapadały się w piachu, a sama droga wydawała się niekończąca. Na szczęście dotrwaliśmy, a w nagrodę w Stilo udało nam się wynająć małą polową kuchnię, co oszczędziło nam rozbijania namiotu i zapewniło ciepło. Okazało się to tym ważniejsze, że w chwili, gdy wnieślismy bagaże, zaczęło tradycyjnie padać...
W Stilo znajduje się pole namiotowe, według mnie jak na warunki i wielkość, powiedzmy, miejscowości, drogie. W ogóle uważam, ze ceny, jakich żądają najemcy na polach namiotowych pozostawiają wiele do życzenia, szczególnie w zestawieniu z tym, co za tę cenę się uzyskuje. Osobiście wolałam zapłacić za pokój, który często okazywał się tańszy niż kawałek zielonej trawki. Z nadmiernymi ambicjami cenowymi ze strony właścicieli pól namiotowych i kwater jeszcze nie raz zresztą mieliśmy się spotkać.
Dzień piąty: Stilo - Łeba. 25 km.
To był spokojny odcinek, ale przy bardzo nieciekawej pogodzie. Jedyny chyba dzień z całej wycieczki, w trakcie którego bardzo często padało. Mieliśmy do wyboru albo drogę nad morzem, oznaczoną na mapie jako piaszczysta, bita droga, albo poniżej Jeziora Łabskiego, oznaczonymi szlakami. Wybraliśmy tę drugą opcję, trasę rowerową przez Dymnicę, a potem pstanowiliśmy skrócić sobie drogę, i w Dymnicy zamiast pojechać prosto scieżką dla rowerów, skręcilismy w prawo na czerwony szlak. Nie było to najmądrzejsze, ale przynajmniej nikt nam już teraz nie będzie wypominał, że nad morzem jeździ się tylko ubitymi traktami :) Odcinek okazał się więc dla nas dość trudny, ale nie narzekaliśmy, bo w końcu była to droga przeznaczona dla pieszych turystów. Na wysokosci Przybrzeża znów wjechalismy na drogę bardziej przyjazną dla rowerów, i nią dojechalismy do samej Łeby.
A Łeba... No cóż, kurort. Tak się przynajmniej te nasze nadmorskie stolice każą nazywać. To stolice, w których nie ma gdzie zrobić zakupów płacąć kartą kredytową, ale gdzie za pokój bez pościeli (mieliśmy śpiwory, co zawsze podkreślałam, pytając o woly pokój) każą sobie płacić jak w hotelu - za trzy osoby 120 zł, to tanio! Byłam gotowa spać na ulicy na wspomnienie, że w Paryżu za 30 Euro miałam trzyosobowy pokój w hotelu (Formula), tanim, i bez wodotrysków, ale z pościelą, no i o porównaniu Łeby do Paryża chyba nie ma co pisać za wiele. Kurort, w którym na jedną noc "nie opłaca się otwierać pokoju", nawet, jeśli nie ma zmiany pościeli (bo przecież mamy śpiwory), a jedyną rzeczą do zrobienia na drugi dzień p0 naszym wyjściu jest odkurzenie podłogi. Nie ukrywam, że zupełnie inaczej po tych wakacjach patrzę na tzw. "kiepskie sezony". My byliśmy właśnie w takim kiepskim, co drugi dzień deszcz, temperatury zupełnie nie plażowe (widać to na zdjęciach), mnóstwo wolnych kwater, i albo ceny śmiesznie wysokie, albo "nie opłaca się."
Jak wszędzie, tak i w kurortach są na szczęście ludzie o różnym podejsciu do świata. I my mieliśmy szczęście kogoś takiego spotkać. Zupełnie już przemoczeni, przesuwając się powoli główną ulicą Łeby w kierunku pól namiotowych, zostaliśmy przygarnięci przez wspaniałych ludzi, którym na pewno niewiele opłaciło się otwarcie dla nas pokoju, i piszę to bez przekąsu, bo cena była naprawdę bardzo łagodna. Nie mogę sobie darować, że nie zapisałam adresu tego miejsca, które jest nie tylko bardzo przyjazne dla każdego rodzaju turysty (proszę sobie wyobrazić na progu trzy ubłocone postacie z trzema ubłoconymi rowerami), ale również bardzo czyste, miłe i doskonale wyposażone.
Dzień szósty: Łeba - Smołdzino. 52 km.

Od razu chcę powiedzieć, że ilość podanych przeze mnie kilometrów nie odpowiada odległości pomiędzy Łebą a Smołdzinem. Należy odjąć ok. 15 kilometrów, które składają się na wycieczkę Łeba - Góra Łącka - Łeba. Na pewno będąc w Łebie powinno się zobaczyć te miejsca.
Najpierw pojechaliśmy zobaczyć ruchome wydmy i Muzeum Wyrzutni Rakietowych. Wyjechaliśmy z Łeby drogą na Rąbkę, do której prowadzi przez las bardzo wygodna, asfaltowa droga. Po drodze minęliśmy bramę, symbolizującą wjazd do Słowińskiego Parku Narodowego. W Rąbce znajduje się małe muzeum przyrodnicze i sprzętu rybackiego, oraz przystań nad Jeziorem Łebsko. Nawierzchnia drogi zmienia się z asfaltowej na betonową, i tam też zaczyna się już ścisły park. Aby jechać dalej, trzeba wykupić bilet wstępu. Po ok. 2 km dojechaliśmy do Muzeum Wyrzutni Rakiet, i do wieży widokowej. Dzieci zwiedziły Muzeum Wyrzutni, z czego powstał mały reportaż, który prezentuję ponizej:
Przy Muzeum Wyrzutni znajduje się również przystań dla stateczków pasażerskich. Ostatnie 3,5 kilometra do ruchomych wydm prowadzi żwirową, ale twardą drogą leśną. Na całej trasie mijaliśmy konne bryczki, meleksy, elektryczne skutery, a nawet hulajnogi. Ruch dla pojazdów spalinowych jest zamknięty. Miłym widokiem są ustawione wzdłuż całej trasy turystyczne toalety - pomysł wart naśladowania w innych regionach, na pewno wydatnie przyczyniający się do zachowania czystości, a turystom oszczędzający wielu stresów. Na końcu żwirowej drogi znajduje się parking, na którym można przypiąć rowery, i dalej już pieszo, po piasku, dojść do Góry Łąckiej.
Dalej można obrać dwie drogi: pierwsza to czerwonym szlakiem objechać Jezioro Łebskie od północy, plażą. To około 10 kilometrów po piasku, przy naszych obciążonych rowerach i bardzo wietrznej pogodzie postanowiliśmy z tego wariantu zrezygnować. Wróciliśmy do Łeby, i stamtąd żółtym szlakiem zaczęliśmy objeżdżać jezioro od południa. Z Łeby wyjechaliśmu drogą na Lębork, po około 2 kilometrach skręciliśmy za żółtym szlakiem na drogę do Żarnowska. Trzymając się cały czas żółtego szlaku, znów wjechaliśmy na teren ścisłego rezerwatu, przejechaliśmy przez wioskę Gać, a potem przez mostek na rzece Łebie wjechalismy do wsi Miłe i Izbica. A za Izbicą zaczęło się najciekawsze! Droga właściwie zniknęła, wjechalismy na tereny torfowisk, i trzeba było bardzo pilnie wypatrywać żółtych znaków na drzewach. O jeździe nie było mowy, trzeba było cały czas prowadzić rowery, a chwilami pilnie wypatrywać scieżki, żeby nie wpaść do wody, której nie widać było poprzez bardzo gęstą trawę. Rowery obciążone, więc koła zapadały się bez przerwy w grząskim gruncie. Czuliśmy się jak zdobywcy nowego lądu! Wydawało się, żo mozolne przepychanie nigdy się nie skończy, aż dojechaliśmy, a właściwie dotoczyliśmy się do urokliwego mostku, na którym spotkaliśmy parę jadącą w przeciwnym kierunku. Zapytali nas, czy do Izbicy jeszcze daleko, i czy cały czas taka fatalna droga. Odpowiedzieliśmy im, że wszystko jeszcze przed nimi - to, co dla nich bylo fatalne, dla nas było wreszcie okruchem normalnosci, ubita leśna droga, prowadząca do Kluk.
W Klukach znajduje się skansen, i wszystkie przewodniki zachęcaja do jego zwiedzania, my jednak tylko rzuciliśmy okiem, zjedliśmy coś ciepłego, i popedałowaliśmy dalej. Chwila wytchnienia, bo ze wsi Kluki pojechaliśmy już, nadal szlakiem żółtym, asfaltową szosą przez las. Minęliśmy wieś Łokciowe, i po kilku kolejnych kilometrach z prawdziwą ulgą wjechaliśmy szosą do wsi Smołdzino. Tam, ku naszej radości, znaleźlismy Schronisko Młodzieżowe, w którym udzielono nam schronienia. To była prawdziwa ulga nie musieć znów rozbijać namiotu.
Dzień siódmy: Smołdzino - Ustka. 33 km.

To był jeden z najciekawszych odcinków, "z wąwozem". Wyjechaliśmy ze Smołdzina, kierując się szlakiem czarnym, na Smołdziński Las, a po jakichś dwóch kilometrach zjechalismy na drogę prowadzącą do jeziora Gardno (czerwona strzałka na mapie, trochę nieudolnie przeze mnie narysowana). Tam znów wjechaliśmy na czarny szlak, skrecając w niego w prawo, czyli na północ. Szlak biegnie wzdłuz jeziora, nie zawsze przy samym brzegu, ale w lesie, i jest bardzo wygodną dla rowerów drogą. Na północnym brzegu Jeziora Gardno łączy się ze szlakiem czerwonym, i to tego koloru już się potem cały czas trzymalismy. Jechaliśmy cały czas wzdłuż jeziora, blisko linii brzegowej, i tak dojechaliśmy do wsi Rowek, a potem do Rowów. Cały czas trzymając się czerwonego szlaku, dojeżdża się aż do Ustki. Na odcinku Debina - Ustka droga biegnie przy samym morzu, jest więc bardzo atrakcyjna widokowo, ale pomimo oznakowania jej jako rowerowej na naszej mapie, trzeba przygotować się na pewne trudności. To znaczy będą to trudnosci do wyśmiania dla każdego, kto jeździ po terenie innym niż płaski, ale dla tych, którzy spodziewają się gładkiej, usypanej drogi, takie ostrzezenie się należy. Jak wygląda szlak, najlepiej pokażą zdjęcia, których tego dnia zrobiliśmy chyba najwięcej. W pewnym momencie szlak wyprowadził nas nagle prosto na urwisko - brzeg najwyraźniej osunął się w tym miejscu wskutek jakiegoś sztormu, i droga po prostu się urywała. Na szczęście znaleźliśmy obejście, i powrót na szlak po drugiej stronie urwiska, juz trochę wydeptane przez turystów, którzy na tę przeszkodę natknęli się przed nami, i wymagające wepchnięcia rowerów na małą górkę. W Ustce znów mnóstwo kwater, ale drogo, rozbiliśmy się więc na polu namiotowym, i poszliśmy na wielką pangę, do przemiłej restauracji z tarasem wyglądającym na morze. Obiecaliśmy sobie, w miarę możliwości, absolutnie w przyszłosci unikać czerwonych szlaków. Na nic się to, niestety, zdało, i czekały nas jeszcze ciekawsze przeżycia.
Dzień ósmy: Ustka - Dąbki. 54 km.
Bardzo spokojny odcinek. Z Ustki aż do Jarosławca jedzie się bardzo dobra drogą przez jednostkę wojskową, trzeba tylko najpierw uzyskać zgodę na przejazd. Nie mieliśmy z tym problemu, żołnierze są tu bardzo mili i uczynni, w przeciwieństwie do tych, z którymi potem zetknęlismy się w Mrzeżynie. Droga cały czas albo asfaltowa, albo betonowa. Z Jarosławca do miejscowosci Wicie jechaliśmy czerwonym szlakiem, cały czas bardzo dobrą drogą, na pewnym odcinku z ruchem samochodowym, ale na szczęście niedużym. W miejscowości Wicie kończy się bita droga, zaczyna piaszczysty odcinek, na szczęście krótki, a potem wjeżdża się na dawny wał ochronny Pomorza, i nim dojeżdża się aż do Darłówka. To jeden z najbardziej malowniczych fragmentów, po prawej stronie morze, po lewej Jezioro Kopań. Wał wyłożony jest takimi dziurawymi płytami betonowymi, które są już wrosnięte w ziemię, i jedzie się doskonale. Warto się zatrzymać i nacieszyć oczy widokiem, bo niewiele odcinków przebiega nie tylko tak blisko morza, ale z tak doskonałym widokiem. W Darłówku ta radość się kończy, trzeba zjechać na szosę, do Darłowa, i stamtąd, nadal szosą, dojechalismy do Dąbek. Tam zatrzymaliśmy się na nocleg na polu namiotowym, na którym są też domki i pokoje. Byliśmy bardzo zadowoleni, jak zresztą każdego dnia.
Dzień dziewiąty: Dąbki - Kołobrzeg. 60 km.
Odcinek malowniczy "inaczej". To oczywiście żart, czekała nas po prostu niespodzianka nad jeziorem Bukowo. Cały czas kierując się czerwonym szlakiem, dojechaliśmy do Dąbkowic, a tam droga się urwała, i okazało się, że szlak na mapie prowadzi dalej plażą. Nie jest to żadna tragedia dla
pustego roweru, ale przy naszym obciążeniu przepychanie dało się trochę we znaki. Na zdjęciach uchwyciłam te nieliczne momenty, kiedy dało się jechać, ale to były naprawdę chwile, bo koła zapadały się nawet przy linii brzegowej. Tam, gdzie był tylko mokry piach, dało się jechać przy samym morzu, ale prawie cała plaża usiana była kamykami wyrzuconymi na brzeg, i one uniemożliwiały jazdę. Powyżej kamieni piasek był już za suchy, czyli prawie cąłą drogę musieliśmy prowadzić, a właściwie przepychać rowery. Jeśli dobrze zapamiętałam, udało nam się wydostać na brzeg po jakichś 3,5 kilometrach, jeszcze przed Łazami. Potem trochę piaszczysto, ale coraz lepsza droga w lesie, a potem lux-torpeda, aż do Mielna piękna droga z fantastycznymi widokami. Z Mielna jechalismy już dobrą drogą, czerwonym szlakiem, przez Chłopy, Sarbinowo, Ustronie Morskie do Sianożęt, a w Sianożętach zjechaliśmy na szosę, do miejscowosci Podczele, w której wrócilismy na czerwony szlak, pięknie dostosowaną dla rowerów scieżkę aż do samego Kołobrzegu. W Kołobrzegu zatrzymaliśmy się na pierwszym z prawdziwego zdarzenia polu namiotowym, najlepiej wyposażonym ze wszystkich, na jakich dane nam bylo nocować, a cenowo wcale nie odbiegającym od pozostałych. Udało nam się wynająć małą przyczepkę, i w niej spędzić noc PRZY TELEWIZORZE po tak pracowicie spędzonym dniu.
Dzień dziesiąty: Kołobrzeg - Pobierowo. 56 km.
Żal było odjeżdżać z tak czystego i schludnego pola (zdjęcia po bokach, muszę też pochwalić obsługę, nie mieliśmy poczucia, że jesteśmy intruzami), odczuwaliśmy nawet pewną pokusę,
żeby zostać w Kołobrzegu jeszcze dzień lub dwa, ale bliskość celu była zbyt kusząca. Poza tym, bardzo chcieliśmy dojechać do miejsca, w którym dzieci spędziły tyle wakacji, nabierając swoich pierwszych rowerowych szlifów, czyli do Pobierowa. Nie wiedzieliśmy, jak się nam ułoży droga przez Mrzeżyno, w którym znajduje się jednostka wojskowa, w związku z czym przygotowani byliśmy na zjazd na szosę, i dość długi objazd przez Trzebiatów. Kilometry nie są takie ważne, gdy się jedzie asfaltem, ale na myśl o wąskiej drodze ze sznurem samochodów, autokarów i ciężarówek, robiło mi się dość nieprzyjemnie.
Z Kołobrzegu do Dźwirzyna pojechaliśmy, jak zwykle, czerwonym szlakiem. Potem szlak skręcał w lewo, na południe, a my zaryzykowaliśmy, i pojechaliśmy drogą prosto, przez Rogowo do Mrzeżyna. Już myślelismy, że los będzie dla nas łaskawy, kiedy nagle na drodze wyrosła przed nami jednostka wojsowa, przed nią szlaban i żołnierz na warcie. Nauczeni przykładem Ustki, grzecznie poprosiliśmy o zgodę na przejazd - z mapy wynikało, że z tego miejsca aż do Pogorzelicy prowadzi droga Od żołnierza-wartownika dowiedzieliśmy się, że owszem, wygodna i betonowa, ale nie możemy nią przejechać. Na nasze prośby, aby zadzwonił do przełożonego z pytaniem o zgodę na przejazd trzech rowerów, odpowiedział, że nie będzie nigdzie dzwonił, bo dowódca "na pewno i tak się nie zgodzi". Zaproponował nam objazd jednostki scieżką biegnącą wzdłuż plaży w lesie, pomiędzy jednostką a plażą. Ponieważ nie usmiechało nam się wracać aż do Dźwirzyna, wtoczyliśmy rowery na wspomnianą scieżkę, i pojechaliśmy.
Początkowo szło trochę jak po grudzie. Droga fajna, teren ubity, ale nierówny, pagórki i podjazdy, a potem strome zjazdy, Arek poczuł się jak ryba w wodzie. Po dwóch kilometrach przymusowy postój - licznik Arka zniknął z kierownicy, my z Agnieszka czekamy, a on wypina sakwy i jedzie z powrotem, wypatrując małego lśniącego prostokącika wśród lisci i igliwia. Mamy szczęście tego lata - ponownie jak mój aparat, tak i licznik, niedawno otrzymany w prezencie urodzinowym, zostaje odnaleziony (nomen omen, mój aparat też był prezentem urodzinowym). Pakujemy rowery i ruszamy dalej.
Po około dwóch kilometrach zobaczyliśmy poniżej betonową drogę, uznaliśmy więc, że grzechem byłoby z niej nie skorzystać. Droga była betonowa, żołnierz mówił, że jak objedziemy koszary, to właśnie na taką się natkniemy, i dalej już pojedziemy spokojnie. Tak też się stało. Dłużyło nam się okropnie, siąpił deszcz, i widać było, że pogoda z godziny na godzinę robi się coraz gorsza. Staraliśmy się więc jechać jak najszybciej. Jakie było nasze zdumienie, gdy w pewnym momencie zobaczyliśmy, że nasza droga zamknięta jest... wojskowym szlabanem, jest też najprawdziwszy płot z drutem kolczastym na górze, budka wartownicza, a w niej żołnierz z karabinem pilnie wypatrujący wszystkiego dookoła. Bylismy na terenie jednostki! Po drugiej stronie szlabanu oczywiście wielka tablica, że wstęp surowo wzbroniony, itp. No cóż... Żołnierz, doskonale najwyraźniej rozumiejący sytuację, bardzo pilnie wpatrywał się we wszystkie strony, tylko nie w nas, a my po prostu po raz kolejny wypięliśmy sakwy, i przenieśliśmy bagaże, a potem rowery, ponad szlabanem, i po prostu pojechalismy dalej. Nasza betonowa droga doprowadziła nas do małej stacylki kolejowej w Pogorzelicy, a tam skręcilismy już w prawo w asfaltową szosę, i drogą, a potem niebieskim szlakiem, dojechaliśmy do Pobierowa. To już była łatwa droga, bo doskonale nam znana, wielokrotnie przemierzana podczas naszych pobytów w Pobierowie.
Było już bardzo późno, gdy dojechaliśmy do Pobierowa, chyba 21, i pierwsze kroki skierowaliśmy do miejsca, w którym dzieci spędziły tyle wakacji - do ośrodka Polo, położonego na drugim końcu miasteczka, patrząc oczywiście od strony, którą wjechaliśmy. Jechaliśmy tam bez wielkich nadziei na jakiekolwiek wolne miejsce (w tym ośrodku nie ma pola namiotowego, tylko domki, i są one zawsze zarezerwowane na długo przed sezonem letnim), ale uznałam, że kto nie ryzykuje... Pan Grzyb, gdy zobaczył nas na progu, najpierw z trudem nas poznał, a potem powiedział, że nie wypuści takich ludzi, którzy co roku wiernie do niego przyjezdżają, i umieścił nas w jedynym domku, którym jeszcze dysponował, a który jest zazwyczaj taką właśnie "żelazną rezerwą", normalnie nie wynajmowaną, a wykorzystywaną własnie w takich awaryjnych sytuacjach. Byliśmy najszczęśliwszymi ludźmi pod słońcem. W Pobierowie zostaliśmy dwa dni.
Dzień ostatni: Pobierowo - Świnoujscie. 62 km.
Najgorsze są przerwy. Bardzo źle nam się ruszało po dwudniowej przerwie i leniuchowaniu, ale co się zaczęło, to trzeba dokończyć. Do Dziwnowa jechalismy czerwonym szlakiem, własciwie na pamięć, bo to droga doskonale nam znana. Jadąc tym szlakiem, unika się szosy. W Dziwnowie zjechaliśmy jednak na szosę, i nią już dojechalismy najpierw do Międzyzdrojów, gdzie zrobiliśmy sobie małą przerwę, a potem do Świnoujścia. Przed Międzyzdrojami jest długi, dość uciążliwy podjazd, na Grzywacz - dzieci wjechały, ja pękłam i musiałam rower wprowadzić. Ale za to potem jaka nagroda, zjazd aż do samych Miedzyzdrojów, chyba ze 3 kilometry! Zanim jednak Państwo zjedziecie, koniecznie zatrzymajcie się na górze - jest tam wspaniały punkt widokowy, a przy okazji można odpocząć po trudach rowerowej wspinaczki.
W Świnoujsciu znaleźlismy Schronisko Mlodzieżowe, i tam spędziliśmy ostatnią noc naszych nadmorskich wakacji. Następnego dnia wsiedliśmy do pociągu, i wieczorem byliśmy we Wrocławiu. To wspaniałe wakacje, i bardzo chciałabym je jeszcze kiedyś powtórzyć!